Czerń wcale nie jest brakiem kolorów. Zawsze uważałem, że to
po prostu nicość. Podobnie jak czarne plamy na rozgwieżdżonym niebie, które
były dla mnie martwymi punktami wszechświata. A potem zjawił się Śmierć i
odkryłem, że czerń to miliony barw. Trzeba jedynie czegoś więcej niż zwykłego
ludzkiego spojrzenia. Najlepiej opisać to na przykładzie czarnych pereł. Ludzie
zwą je czarnymi, ale wystarczy przyjrzeć się uważnie by ujrzeć, że czerń może
być błękitna, złota, purpurowa czy lśniąca wszystkimi barwami tęczy.
To była pierwsza lekcja, podobnie jak ta, że wszechświat nie
ma martwych punktów. Gwiazdy też mogą być czarne i żywe. Żyją nawet
intensywniej niż te, które codziennie jasno lśnią na niebie…
Drugą lekcją był czas. Tak naprawdę czas nie istnieje.
Wymyślili go ludzie, by nazwać i wytłumaczyć to co działo się z całym
wszechświatem. Zmiany. Gwiazdy zmieniają swoje położenie, zima zmienia się w
wiosnę, a młodzi ludzie zmieniają się w starców. Czas płynie… choć są też
miejsca, gdzie nigdy nie poruszył się ani o sekundę. Na przykład azyl Śmierci.
Wszystko trwa w bezruchu, jakby zastygłe w jednej sekundzie. Na początku
zdawało mi się to upiorne. Potem dostrzegłem, że to jedyne słuszne spojrzenie
na czas. Bo tak naprawdę idea czasu ma sens tylko tam, gdzie świat podlega
Śmierci.
Ostatnia lekcja była najkrótsza. Były to również pierwsze
słowa, kiedy znalazłem się w azylu Śmierci i ująłem w dłoń klepsydrę odmierzającą moje życie. Powiedział
wtedy: „Nigdy nie umrzesz”.
Nie umrzeć, nie starzeć się, znać przyszłość tak dobrze jak
przeszłość, znać tajemnice świata i oglądać rzeczy nie przeznaczone dla
ludzkich oczu. A wszystko jedynie za cenę wiecznej służby i wiecznego pobytu
między światem żywych, a umarłych…
Mort, rok 894
***
Elisabeth była uroczym dzieckiem, choć według rodziny
zbytnio oderwanym od rzeczywistości. Miała prawie 12 lat, a zamiast spoważnieć nadal
wierzyła w baśnie. W tym wieku powinna była uczyć się manier i zdobywać wykształcenie
jak przystało na panienkę z dobrego domu. Zwłaszcza, że rodzina dziewczynki
należała do najbardziej wpływowych rodów.
Elisabeth miała jednak zupełnie inne zdanie na temat tego co
wypada, a co nie. A matka mogła mówić co tylko chciała, mogła ją nawet karać,
ale i tak się myliła. Baśnie istniały. Były równie żywe, realne i namacalne jak
cały ten dom. Cały świat przeplatał się wzajemnie – świat realny i nierealny,
rzeczywistość i baśń.
Dziewczynka usadowiła się w oknie. Widziała jak rodzice
pojechali na jeden z uwielbianych przez nich bankietów. Wtedy po raz pierwszy
zobaczyła tę postać. Człowiek w czarnym płaszczu, siedzący na białym koniu.
Odwrócił się na krótką chwilę i jego spojrzenie napotkało wzrok małej Elisabeth.
Dziewczynka zapamiętała wówczas jedynie te oczy… Na pierwszy rzut oka idealnie
czarne, ale jakby lśniące niebieskim blaskiem.
Tajemniczy mężczyzna prędko odwrócił wzrok i pognał za
powozem, znikając w ciemności.
Rodzice już nie wrócili…
XIX w.
***
Kolejna lekcja. Wcale nie istnieje sprawiedliwość. Ludzie
czasami twierdzą iż Śmierć sprawiedliwie zabiera bogaczy i biedaków, ale czy
sprawiedliwe jest odbieranie rodzicom kochanego dziecka lub odbieranie dziecku
rodziców? I nie ma tu znaczenia majątek czy urodzenie. Wszyscy ludzie są tak
naprawdę takimi samymi istotami. I wcale nie ma sprawiedliwości. Zresztą i tak
wszystkich czeka kiedyś to samo…
Życie tutaj jest zadziwiające. Bardziej ludzkie niż
sądziłem. Śmierć fascynuje się ludźmi, lubi nie tylko ich towarzystwo, ale
niezwykle ciekawią go ich zwyczaje. Próbuje ich zrozumieć, a czasem nawet stara
się naśladować. To dość śmieszne, choć czasami smutne. Zwłaszcza, gdy nie
potrafi w pełni pojąć emocji, które nam ludziom osładzają nasze krótkie i marne
żywoty. Szczęście, radość… Śmierć nigdy się nie śmieje. A nawet jeśli jest to
zwykle śmiech wymuszony, pełen goryczy lub złowrogi. Ale On nigdy nie jest tak
zwyczajnie szczęśliwy, choć nieraz próbuje dyskretnie dowiedzieć się „Co to
jest szczęście” lub „Dlaczego istnieje”. To dziwne pytania, ale im dłużej tu
jestem tym bardziej go rozumiem…
Mort
***
W starej pracowni panował półmrok rozjaśniany jedynie
dogasającymi świecami. Starszy człowiek pilnie studiował wygniecione ciągłym
wertowaniem stronnice stare księgi. Czuł iż jego życie nie potrwa już długo.
Ale nim ta chwila nastąpi pragnął po raz ostatni poczuć radość płynącą z
odkrycia, któremu poświęcił lata… oraz rzecz jasna marzył o następcy, który
dalej poniesie ciężar wiedzy jaką on nabył przez lata.
Czuł, że jest już blisko celu… nawet jeśli teraz błądził w
ciemnościach…
XIV/XVw.
***
Leonard nie miał zbyt wiele. Miał za to marzenia, wielkie
marzenia i to w zupełności wystarczyło by miał siłę zmierzyć się z całym
światem. Marzył o sławie, nauce, sztuce… marzył o wiedzy, jak najbardziej
nieograniczonej. Wiedział iż były to raczej nie realne wizje. Chłopcy z
wiejskich rodzin mogą przy odrobinie szczęścia zostać czeladnikami u miejskich
rzemieślników. To zawsze lepsze niż praca w polu, lecz to nadal nie to czego
pragnął.
Czasem jednak dopisuje szczęście… choć naprawdę mało kto
wie, że to wcale nie szczęście tylko istoty wyższe rządzące światem…
- Chłopcze! – dźwięczny kobiecy głos zmusił Leonarda do
zatrzymania się.
Ujrzał powóz należący z pewnością do królowej. Z okna
wyglądała kobieta – najpiękniejsza jaką można było sobie tylko wyobrazić.
Idealna w każdym calu i prawdziwie królewska w swej postawie.
- Zmierzasz do miasta? – spytała obojętnie
- Tak pani… - powiedział zakłopotany Leonard. Sam nie wiedział
czemu, ale ta kobieta napawała go dziwnym i niezrozumiałym lękiem.
- Przekaż ten list memu dobremu przyjacielowi. Sądzę iż
łatwo go znajdziesz – powiedziała podając mu list. Leonard miał dziwne wrażenie
iż jej dłoń była dziwnie zimna…
Spojrzał na kopertę, gdzie złotymi literami wypisano
nazwisko i adres. Podniósł wzrok by spytać o coś jeszcze, jednak powóz z
tajemniczą kobietą jakby rozpłynął się w powietrzu. Dopiero teraz Leonard zdał
sobie sprawę co było dziwnego w tej postaci. Była jakby ze szkła…
XIV/XVw.
***
Kolejna rzecz jakiej się nauczyłem o czasie… Strumienie
czasu krzyżują się i łączą. Dawniej nie sądziłem iż mój los spleciony jest z
losem kogoś kto żył setki lat wcześniej lub kogoś kto przyjdzie na ten świat
dopiero za tysiąc lat.
Są też inne dziwne prawa, których Śmierć przestrzega z
największym szacunkiem. Nie ingerować w historię. Jedno darowane życie może
zmienić bieg świata. Sprawić, że dziecko któremu okaże się litość wyrośnie na
potwora zabijającego niewinnych ludzi którzy mogliby coś osiągnąć. Czasem bywa
również na odwrót. Nie okazuje się litości człowiekowi który mógłby uczynić
wiele dobra. Nie umiałem tego pojąć, lecz Śmierć wytłumaczył to jasno. „Kto ma
prawo to oceniać? Jeśli raz się nagniesz, pewnego dnia zupełnie się złamiesz”
Tak to prawda, choć ciężko mi się z nią pogodzić. Jednak trzeba
patrzeć szeroko – przyszłość i przeszłość tworzą całość. A ludzkie losy krzyżują
się w przedziwny sposób. Ludzie żyjący w innych epokach mają na siebie wzajemny
wpływ…
Mort.
Świetnie. Masz wspaniały styl pisania. Już nie mogę się doczekać dalszego ciągu. Zwłaszcza ciekawi mnie postać Morta. Mam nadzieje, że z czasem dowiem się kim był i dlaczego trafił do świata Śmierci.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie :)